Szesnastoletnich panienek nie prowadzi się do psychiatrów

08 mar Szesnastoletnich panienek nie prowadzi się do psychiatrów

Matka wróciła w sobotę rano ze zbierania jabłek u ogrodnika i zauważyła, że Pola nie przygotowała śniadania ani obiadu. Dziadek Poli powiedział, że dziewczyna i jej przyjaciółka wyszły z domu z plecaczkami, były wesołe i uśmiechnięte. Pożegnały się zwyczajnie.

Kilkanaście minut przed szesnastą tego samego dnia matka Poli odczytała w telefonie komórkowym wiadomość, że córka z przyjaciółką idą na ognisko w pobliskim miasteczku.

Potem ich telefony stały się głuche. Ognisko dawno powinno się skończyć, lecz okazało się, że żadnego ogniska nigdzie nie było. Poli i Klary nie było u żadnych znajomych. Do wszystkich matka z bratem Poli zatelefonowała. U nikogo.

Przed dwoma laty, jeszcze w gimnazjum, Pola raz też zniknęła. Długo nie wracała, aż dodzwonił się do niej brat. Nie wyłączyła telefonu, wtedy nie. Zawsze mówiła, gdzie jest i kiedy wróci. Matka chorowała na depresję, przyjmowała antydepresanty przepisane przez psychiatrę. Nie należało jej denerwować.

Brat ubłagał, żeby powiedziała, gdzie jest. Szła drogą wzdłuż torów. Zabrał ją do domu. Możliwe, że Pola też chorowała na depresję jak matka. Lecz depresją nie można się zarazić jak grypą. I szesnastoletnich panienek nie prowadzi się do psychiatrów – jeszcze przez życie nie są poharatane, jeszcze panny z mokrą głową, fiu-bździu. Po co psychiatra.

Chyba że do psychologa. To się już robi. Mama zaprowadziła Polę do psychologa na początku września tego roku, po ostatnich wakacjach w jej życiu. Zauważyła, że ma pocięte żyletką uda. Wzdłuż i wszerz, jakby nałożyła na nogi rajstopy kabaretki. Nie chciała powiedzieć matce, dlaczego się uszkadza. – Porozmawiamy o tym kiedy indziej – mówiła.

W czasie wizyty u psychologa w poradni w pobliskim miasteczku S. Pola rozmawiała o sprawach życiowych. O tym, że kolega jest chory na serce i bardzo się boi operacji. Ona też się tego bała, ale kolega zniósł szczęśliwie zabieg. O tym, że ma zaległości w nauce. Po wakacjach przeniosła się z technikum ekonomicznego w Kielcach do drugiej klasy liceum ogólnokształcącego w mieście S., teraz musi nadrobić różnice w programach obu szkół. Zastanawia się, czy wrócić – dopiero zaczął się rok szkolny – do technikum w Kielcach, czy nie. Z technikum po pierwszej klasie zrezygnowała, bo internat był dla jej mamy za drogi. Plus bilet miesięczny na dojeżdżanie z Kielc w weekendy do domu. A ze wsi, gdzie mieszkała, do liceum w miasteczku bliziutko. I w domu ma lepsze warunki do nauki niż w internacie. Tam w pokoju mieszka się w kilka osób.



Udostępnij:

Zapraszamy do współpracy. Napisz do nas