Psycholożka Jacqui Marson: Bycie miłym to przekleństwo

z17576310Q

24 maj Psycholożka Jacqui Marson: Bycie miłym to przekleństwo

Pewnie zna pani takie kobiety – rano wstają, oporządzają dom, wyprawiają dzieci do szkoły, biegną do pracy, wracają, serwują kolację, a w nocy pieką tort na urodziny dziecka. Ich ciało mówi: „Jesteś zmęczona, połóż się”, ale głowa je przekrzykuje: „Musisz to zrobić, nie możesz zawieść, przecież jesteś miła i dobra!”
Potrafi ich pani rozpoznać w grupie ludzi? Na przykład na przyjęciu?

Zawsze. Ciągle się uśmiechają. Ich mowa ciała wyraża uległość. Często też przytakują. Lubią używać takich słów, jak „wspaniale”, „oczywiście”, „nie ma problemu!”.

Ludzie dotknięci „przekleństwem bycia miłym”.

Też taka byłam. Zawsze pomocna, życzliwa, uśmiechnięta. Zajmie się chorym dzieckiem przyjaciółki, napisze za kolegę raport, wysłucha koleżanki, która znowu ma małżeński kryzys itd. Niezależnie od tego, czy ma na to ochotę, siłę i czas.

Dlaczego to robią?

Bo nie potrafią inaczej. Ich bliscy też się do tego przyzwyczajają, więc tym trudniej jest im taki schemat przełamać.

Pani się to udało.

Nie do końca. Jest lepiej, ale dalej walczę. Mam np. grono przyjaciół, którzy traktują mnie jak terapeutkę i trudno mi wyplątać się z tej roli. Zgodziłam się nawet pojechać na wakacje z koleżanką, która przechodzi trudny okres. Nie potrafiłam odmówić, a chciałam – ja, orędowniczka zrzucania gorsetu bycia zbyt miłą, psycholog. Wstyd mówić.

Ale mówi pani o tym otwarcie.

Bo wydaje mi się, że dzielenie się własnymi potknięciami działa na ludzi wyzwalająco. Znacznie bardziej niż wykład ex cathedra: „A teraz posłuchajcie, co ja – ekspertka od ludzkich dusz – mam do powiedzenia na temat waszego życia”.

Kiedy dotarło do pani, że dłużej nie da pani rady żyć z tym przyklejonym uśmiechem?

Ponad siedem lat temu. Miałam 45 lat. Były wakacje. Zostaliśmy z mężem i synami zaproszeni na ślub poza Londynem. Ok. 23 pogalopowałam potańczyć na parkiet, nagle poślizgnęłam się i upadłam. Coś gruchnęło, ale otrzepałam się i oczywiście z uśmiechem oznajmiłam wszystkim, że „absolutnie nic się nie stało”. Następnego dnia zawiozłam rodzinę do Londynu, a potem wiosłowałam przez cały dzień, bo musiałam zrealizować „program atrakcji” obiecanych dzieciom. Dziesięć dni zajęło mi, zanim trafiłam do lekarza, który stwierdził, że ręka jest złamana.

Nie czuła pani bólu?

Czułam, ale ignorowałam go. Przede wszystkim dlatego, że z domu wyniosłam przekonanie, że „Jacqui ma kości jak z gumy”, bo chociaż parę razy poważnie się poobijałam, to nigdy niczego sobie nie złamałam, a poza tym nie chciałam nikomu zawracać głowy. Do wizyty u lekarza zmobilizowała mnie w końcu moja pasierbica, która ma podobny charakter do mojego. Wysłała mi SMS-a: „Odsuń się od stosu, Joanno d’Arc, bo w przeciwnym razie spłoniesz”. Rzeczywiście – pomyślałam – ona ma rację, jeśli czegoś nie zmienię, to albo doprowadzę się do ciężkiej choroby, albo umrę.



Udostępnij:

Zapraszamy do współpracy. Napisz do nas